lekarze weterynarii

Serce dla zwierząt we krwi. Dlaczego tracimy lekarzy weterynarii?

Bezradność, stres i praca po godzinach – w tym zawodzie łatwo się wypalić. Co więcej, nie pomagamy też my, opiekunowie zwierząt.


Lekarz weterynarii właśnie skończył kilkunastogodzinny dyżur. Do domu jednak nie wrócił. Nie pojawił się też następnego dnia w klinice. Powód? Targnął się na swoje życie.
 

Spośród 637 lekarzy weterynarii z całej Polski aż 21,4% przyznało, że planowało samobójstwo, 12,6% ma myśli samobójcze od czasu do czasu, często zaś - 3,6%

 

Prawie każdy lekarz weterynarii poznał kogoś, kto ma za sobą próbę samobójczą – niekiedy udaną. Niewiele osób wytrzymuje taką presję.

Jest to szalenie ważne, by na bieżąco ogarniać swoją sferę psychiczną, aby problemy się nie kumulowały i żeby jak najrzadziej dochodziło do nieszczęśliwych zdarzeń w wyniku nieuzyskania tego rodzaju wsparcia.

 

Nie ma takiego cierpienia zwierzęcia, jakiego nie zniósłby człowiek – to powiedzenie, z którym zaznajamiają się lekarze weterynarii już na studiach. Jego prawdziwy przekaz poznają jednak dopiero po kilku latach. Dlaczego wskaźnik samobójstw w tym zawodzie jest wyższy niż w innych? Dlaczego zjawisko wypalenia zawodowego dotyka tak wielu lekarzy weterynarii?

Spirala zwątpienia

Wypalenie zawodowe to zjawisko, które dotyka ludzi od dawna. Amerykańscy badacze i psychologowie już w latach 70. ub. wieku zaobserwowali niepokojące zachowania m.in. wśród nauczycieli, lekarzy czy pielęgniarek. Uważa się, że zjawisko to częściej dotyka kobiet, którym przypisuje się większą empatię i labilność emocjonalną. Herbert Freudenberger określił wypalenie zawodowe w 1974 r. jako „stan wyczerpania spowodowany nadmiernymi żądaniami stawianymi przez środowisko lub daną osobę”. Według Christiny Maschal „wypalenie jest zespołem wyczerpania emocjonalnego, depresjonalizacji i obniżonego poczucia dokonań osobistych, który może wystąpić u osób pracujących z innymi ludźmi w pewien określony sposób”.

Frame 10 (1)

U każdego lekarza weterynarii proces wypalenia zawodowego, jest powodowany innymi czynnikami i może przebiegać w odmienny sposób – podkreśla dr hab. prof. UWr Joanna Helios. Jednak wśród najczęściej wymienianych przyczyn, które w dużej mierze skutkują wyczerpaniem emocjonalnym, są m.in. brak możliwości wprowadzenia odpowiedniego leczenia z powodu ograniczeń finansowych opiekunów, stresujące rozmowy z klientami, w tym te, gdy całą frustrację przenoszą na lekarza czy bezpodstawne oskarżenia.

 

Gdy przychodzi kryzys w pracy i widmo wypalenia staje się realne te aktywności pozazawodowe, mogą być ogromnym paliwem napędowym, które przyspieszy nam powrót do tych lepszych dni. Czasem jednak bywa i tak, że ten dół w obszarze życia, jakim jest praca, a stanowi 1/3-1/2 życia w ogóle, odejmując jeszcze czas na sen – zaczyna dominować nad resztą obszarów pozazawodowych i zaczynają się problemy i tam. Wtedy dużo trudniej poukładać sobie wszystko na nowo.

 

Czy możemy mówić o feminizacji zawodu? Nie da się ukryć, że obecnie lekarze weterynarii to w głównej mierze kobiety. Amerykańscy naukowcy przeanalizowali 11 620 przypadków zgonów weterynarzy. Z ich ustaleń wynika, że kobiety są 3,5 razy bardziej narażone na popełnienie samobójstwa niż reszta populacji. Dla porównania – w przypadku płci męskiej odsetek ten wynosi 2,1. Uważa się, że jedną z możliwych przyczyn samobójstw wśród lekarzy weterynarii jest oswojenie się z bezbolesną śmiercią (wykonywaniem eutanazji), która wraz ze stażem pracy powszednieje. 

Frame 11 (1)

 

Kim jest lekarz weterynarii? 

Lekarze weterynarii to często osoby ambitne, wrażliwe, które stawiają wobec siebie nadmierne wymagania. Wybrali ten zawód, bo kochają zwierzęta. Często jest to jednak praca w pojedynkę (jednoosobowe gabinety nadal stanowią większość, ale bardzo szybko się to zmienia – coraz więcej jest lecznic 3, 5, albo i 30-osobowych), a to z kolei sprzyja izolacji społecznej, zwiększa poczucie osamotnienia i w konsekwencji może skutkować depresją. Branża ta obfituje w sytuacje wywołujące chroniczny stres, ogromne obciążenie psychiczne oraz postępujące wypalenie zawodowe. 

Z opinii psychiatrów wynika, że lekarze weterynarii żyją w przekonaniu, że z każdą porażką muszą poradzić sobie sami. Nie proszą o pomoc, muszą być silni, bo boją się stygmatyzacji niekompetencji. Niestety narastające problemy emocjonalne i brak wdrożenia odpowiedniej terapii znacząco wpływają na rozwinięcie depresji, a tym samym i zwiększony wskaźnik samobójstw. 

– Czytałam niedawno statystyki, że przeciętny lekarz weterynarii pracuje w zawodzie około 8 lat, a później się przebranżawia albo, co gorsze, ma problemy emocjonalne, depresję, targa się na swoje życie – podkreślała lekarka weterynarii Magda Firlej-Oliwa w rozmowie z WP Kobieta.

Podejmując studia weterynaryjne myślą, że będą pomagać zwierzętom. Nauka trwa 5,5 roku. W pierwszym semestrze zaczynają od anatomii zwierząt i innych  przedmiotów. Następnie muszą odbyć obowiązkowe praktyki w rzeźni – wielu z nas zrezygnowałoby już na tym etapie. 

– Praktyki wymagały ode mnie sporo znieczulicy. Nie było lekko na początku. Kiedy pierwszy raz widziałam ogłuszanie świni, to mimowolnie zaszkliły mi się oczy i nie byłam w stanie się uspokoić. Zresztą, sama wtedy nie wiedziałam, czy bardziej boli mnie to, co widzę, czy to, co słyszę. Specyfika tej pracy wymaga wybiórczego skupienia uwagi – nie myśleć za dużo, to jedyne rozwiązanie, które się u mnie sprawdziło. Pytanie tylko, czy wyparcie to metoda długodystansowa – pisze na swoim blogu studentka weterynarii. 

A co po studiach? Lekarz weterynarii musi posiąść umiejętność panowania nad emocjami i stawiania granic. A tego na studiach nie uczą. Nie przygotowują młodych ludzi do pracy z opiekunami zwierząt i przekazywania im trudnych informacji. Nie przygotowują też do radzenia sobie ze śmiercią, która jest przecież nieodłącznym elementem tego zawodu. Lekarze weterynarii niekoniecznie są oswojeni z eutanazją. Czy są w jakimś stopniu znieczuleni? Być może, a przynajmniej część z nich. Jednak nie możemy ich za to winić. W końcu jak lekarz weterynarii zalewający się łzami miałby zająć się kolejnym pacjentem, który przecież czeka w kolejce? Tzw. znieczulica nie oznacza jednak, że lekarze weterynarii są pozbawieni serca. 

– Lekarz ma za zadanie utwierdzić właścicieli w tym, że dobrze robią. Ale nie znaczy to, że nie myślimy o tym czy tamtym pacjencie potem cały wieczór – podkreślał lekarz weterynarii w rozmowie z psy.pl.

Oczekiwania kontra rzeczywistość 

Niegdyś był to zawód głównie rolniczy – weterynaria zajmowała się zwierzętami użytkowymi. Dziś pacjentami częściej są zwierzęta towarzyszące np. psy, koty, chomiki, a nawet gady czy rybki. Wielu lekarzy weterynarii przyznaje, że ta profesja do łatwych nie należy. Jest jednak coś, co wynagradza im wszelkie trudności, z jakimi muszą się na co dzień zmierzyć.

Świadomość, że niesiemy pomoc bezbronnym istotom, które są w pełni zależne od ludzi, daje poczucie ogromnej odpowiedzialności, ale też wielkiej satysfakcji, szczególnie wtedy, gdy nam ta praca się udaje.

 

Weterynaria to wbrew pozorom praca głównie z człowiekiem. Zdarzają się sytuacje, kiedy opiekun tygodniami, a nawet miesiącami patrzył na cierpienie zwierzaka. To też praca z ludźmi, którzy wymagają, by ten „cudownie” uzdrowił jego pupila. I nie jest istotny fakt, że zwlekał z wizytą do ostatniej chwili. Są i tacy, którym choroba psa krzyżuje plany na wakacje jak w głośnym wpisie o psie Loganie lek wet. Przemysława Łuczaka na profilu Egzoovet. Prawdziwe oblicze mogą jednak pokazać w momencie, gdy spotkają się z odmową uśpienia „na życzenie” – wyzywają od najgorszych czy, jak to było w przypadku 33-latka z Otwocka, rzucają się z pięściami na lekarkę. Takie sytuacje niestety do rzadkich nie należą.

Niektórzy zapominają, że lekarze weterynarii nie są cudotwórcami, a ludźmi. Często pracują po godzinach, bywają zmęczeni i tak samo, jak każdy z nas miewają gorsze i lepsze dni.

Czasem uzyskanie informacji w czasie pierwszych minut wizyty, że zwierzę przez niedopatrzenie zjadło np. garść leków (które mogą być śmiertelnie niebezpieczne) przygotowanych dla człowieka udaje się osiągnąć łatwo, wprost zadając takie pytanie. Niekiedy natomiast trzeba uciekać się do pewnych sztuczek, by dać opiekunowi szansę wsypania się z tą informacją. Wystarczy kilka trudniejszych wizyt w ciągu dnia (a przyjmując 20-50 wizyt na dyżurze tych trudnych może być o wiele więcej), by zakończyć dyżur marzeniem o milczeniu, ciszy i szybkim śnie. Różnorodność typów klientów, ale także ich charakterów i własnych historii nakładają na naszą komunikację z nimi mnóstwo filtrów, przez które musimy mniej lub bardziej świadomie się przebić.

 

Zwierzę to odpowiedzialność, która leży jednak po stronie opiekuna – nie lekarza weterynarii. Dlaczego zatem, gdy przez lata patrzyliśmy na cierpienie zwierzęcia, a teraz nie ma nadziei na wyleczenie, obwiniamy, obrażamy, a nawet rzucamy pogróżkami w stronę lekarza weterynarii? 

Śmierć jest wpisana w ten zawód

Lekarz weterynarii, który został zmieszany z błotem, do kolejnego pacjenta podchodzi z większymi obawami – co jest zrozumiałe. Niestety w tej branży nietrudno o błąd – zwierzę nie powie, co go boli, a i opiekun często z różnych pobudek nie mówi całej prawdy. 

Jest też eutanazja – temat, o którym niewielu lekarzy weterynarii lubi rozmawiać, a który towarzyszy im niezwykle często. Są sytuacje, kiedy muszą złamać serce opiekuna. Ta strata jest bolesna nie tylko dla niego, ale też i dla lekarzy. Eutanazję wykonują w ostateczności, gdy nie widzą już innej możliwości. A przynajmniej tak być powinno, bo czasem zmęczenie, rutyna i zrezygnowanie generują błędy w sztuce. Zadaniem lekarzy weterynarii jest indywidualne podejście do pacjenta. Wymaga się też od nich pełnego zaangażowania. Skoro więc są oswojeni z tzw. dobrą śmiercią, czy to oznacza, że cała śmierć im powszednieje? W końcu dobro zwierzęcia zawsze powinno być stawiane na pierwszym miejscu.

Z badań wynika, że już w toku studiów osłabieniu ulega empatia i więź ze zwierzętami, jak również wzrasta lekceważenie ich cierpienia, co jest szczególnie widoczne u osób planujących pracę ze zwierzętami gospodarskimi.

 

Zdzieranie kasy czy odzieranie z godności?

Frustracja to coś, z czym musi się zmierzyć wielu lekarzy weterynarii. Pojawia się ona zwłaszcza w tych sytuacjach, gdy wiedzą, że zwierzęciu można pomóc, ale opiekun upiera się, że lepiej będzie je po prostu uśpić ze względu na wysokie koszty leczenia. „Zdziercy” – nie będzie przesadą stwierdzenie, że takie określenie choć raz słyszał każdy lekarz weterynarii

I chociaż chcieliby pójść większości osób na rękę (i faktycznie zdarzają się takie przypadki), to nie zawsze mogą. I nie dlatego, że wolą „zdzierać z opiekunów kasę”, a dlatego, że tak samo, jak każdy z nas, mają swoje zobowiązania finansowe i też muszą z czegoś żyć. Bywa, że i większość sprzętów medycznych, które pomagają postawić prawidłową diagnozę, jest wzięta na kredyt, który też trzeba przecież spłacać. W rzeczywistości, choć pracują po kilkanaście godzin dziennie, nie zarabiają dużo. To generuje rozżalenie i jest jednym z czynników, który przyczynia się do wypalenia zawodowego. Ich praca to nie wolontariat, nie żądajmy więc, że będą płacić za leczenie naszego pupila. 

Frame 12 (1)

Zatem gdzie leży problem? Ludzie zapominają, że posiadanie psa czy kota to przywilej, na który nie każdy może sobie pozwolić. I chociaż można zaadoptować zwierzę za przysłowiową złotówkę, to jego utrzymanie jest już kosztowne. Samo drapanie za uchem nie wystarczy. Zwierzę trzeba nakarmić, a gdy zachoruje – leczyć, co wiąże się z dodatkowymi wydatkami. Zapewnienie podstawowych potrzeb i godnego życia należy do obowiązków opiekuna, nie lekarza weterynarii.

Człowiek człowiekowi wilkiem – o hejcie słów kilka

Słowa uznania czy krytyki – z czym częściej spotykają się lekarze weterynarii? Zdecydowanie z tym drugim. 

Każdy z nas uczy się na swoich błędach, a dołki psychiczne zaliczamy przy okazji mniejszych lub większych niepowodzeń diagnostycznych i terapeutycznych. Także wtedy, gdy na tym polu jest po naszej stronie wszystko prawidłowo, ale jest właściciel niestosujący się do zaleceń lub odmawiający planu diagnostyki i leczenia, lub nakręcający falę hejtu w internecie. Trudno jest oduczyć się tego, by nam nie zależało bardziej od opiekunów.

 

„Nic tak nie rujnuje motywacji i chęci do pracy, jak brak pozytywnego feedbacku. Dlatego też największe ryzyko wypalenia niosą zwłaszcza te zawody, w których należy dbać o ludzi, od których rzadko otrzymuje się pozytywny odzew, a niekiedy nawet jest to niemożliwe”, podkreśla w swojej pracy dr hab. prof. UWr Joanna Helios.

Zwłaszcza w obecnych czasach, gdy o negatywną opinię w internecie wcale nie tak trudno. Przerzucanie odpowiedzialności na drugiego człowieka to cecha, której zbyt często można się doszukać w ludziach. Główny winowajca zaniedbania zwierzęcia? Lekarz weterynarii. A przynajmniej taką historię przedstawia opiekun w internecie. Dodatkowo okrasza swoją wypowiedź barwnymi epitetami – bez serca, morderca, rzeźnik, pieniądze najważniejsze. 

Czy ma znaczenie, że opisany przypadek mija się z prawdą? Absolutnie nie. Co więc trzeba jeszcze zrobić na koniec? Zmyć z siebie poczucie winy, a przy okazji znaleźć po drugiej stronie sprzymierzeńców – innych opiekunów zwierząt, którzy bez refleksji podchwytują ckliwą historię i dokładają swoje przysłowiowe trzy grosze. Nikt nawet nie zada sobie trudu, aby sprawdzić, po czyjej stronie faktycznie leży wina. Tak właśnie rodzi się hejt. Nie pomaga też fakt, że niekiedy cyberbullying pochodzi nie tylko od opiekunów zwierząt, ale też od niezdrowej konkurencji. 

A lekarz weterynarii? Zwyzywany od najgorszych, z poczuciem bezradności i duszą na ramieniu idzie następnego dnia do pracy, bo przecież czekają na niego kolejni pacjenci.

– Nie będę bronił całego środowiska, bo jak nie każdy policjant jest dobry, nie każdy ksiądz jest dobry, nie każdy prawnik jest dobry, nie każdy polityk jest zły, tak i nie każdy lekarz weterynarii będzie elokwentny, wykształcony i uczciwy. Jednak większość z Nas to spoko ziomki, którzy pchają ten syf codzienności jak każdy, często jak Wiedźmini zabijający potwory żyjące w waszych zwierzętach (potocznie zwane choróbskami i zarazami), a lud i tak ich z miast chce wypędzać – podkreśla Egzoovet w jednym ze swoich wpisów na Facebooku. 

W ostatnich latach znacząco wzrosła świadomość problemu, jaki występuje w środowisku weterynaryjnym. Dr Nicole McArthur w 2014 roku wyszła z inicjatywą stworzenia akcji „Not One More Vet”, która obecnie jest fundacją i nie tylko zrzesza lekarzy weterynarii z całego świata, ale jest też dla nich grupą wsparcia. Po śmierci kolegi/koleżanki po fachu w mediach społecznościowych pojawiają się wpisy z hashtagiem #NotOneMoreVet z apelem o wsparcie i wzajemną solidarność. Fundacja oferuje m.in. pomoc psychologiczną wraz z telefonem zaufania. Organizuje też wykłady dotyczące zdrowia psychicznego. 

Osoby, które są w kryzysie psychicznym, mogą skorzystać z pomocy. Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym: 800 702 222, Telefon wsparcia emocjonalnego dla dorosłych: 116 123, Antydepresyjny telefon zaufania 22 484 88 01. Więcej bezpłatnych numerów pomocowych dostępnych na tej stronie: zwjr.pl/bezplatne-numery-pomocowe.

Źródła:

http://studentka-n.blogspot.com/2017/10/praktyki-w-rzezni-higiena-miesa.html
"Etyka a wypalenie zawodowe lekarzy weterynarii" Joanna Helios, Życie Weterynaryjne, 2023
https://vetnolimits.com/
Elżanowski A.: Moralność naukowców eksperymentujących na zwierzętach. Przegląd Filozoficzny 2015
Wpisy Przemysław Łuczak, https://www.facebook.com/egzoovet

Similar posts